Pożoga

22 lipca 2012 w Siennicy odbędzie się uroczystość patriotyczna połączona z inscenizacją historyczną walk o Siennicę z 1939 roku. Widowisko oparte będzie na wspomnieniach tych, którzy jeszcze pamiętają wydarzenia z września 1939 roku. Jedną z tych relacji zamieszczamy poniżej. Jest to historia spalenia Siennicy widziana oczami 16-letniego wówczas Stanisława Gnoińskiego.

Stanistaw Gnoiński (1923-1989) urodził się w Siennicy w rodzinie nauczycielskiej. W 1936 r. ukończył siennicką szkołę powszechną i rozpoczął naukę w Państwowym Gimnazjum Męskim. Po wybuchu wojny kontynuował naukę na tajnych kompletach. Gimnazjum Ogólnokształcące ukończył w 1940 r., a następnie liceum (matura w 1944 r.) w tajnym nauczaniu. Członek Armii Krajowej, uczestnik akcji „Burza”, aresztowany w sierpniu 1944 r., przebywał w radzieckich łagrach Stalinogorsk, Dubowka II; powrócił z zesłania we wrześniu 1945 r. Po ukończeniu studiów polonistycznych w 1951 r. związał się z Polskim Radiem i podjął współpracę z pismami literackimi. Już po założeniu rodziny powrócił do Siennicy na stałe i w 1957 r. podjął pracę w Państwowym Liceum Pedagogicznym, a potem w szkołach zawodowych, przede wszystkim jako polonista. Z tą uczelnią związany był do śmierci w 1989 r.

Przypominam sobie żywo bezlitośnie świecące słońce. Od wczesnego rana terkotał karabin maszynowy, powtarzały się serie wystrzałów, łomot kul, brzęczenie szkła i dziwny trzask rozpruwanych szyb. Ale wnet, sponad odgłosów strzelaniny, dotarł do naszych uszu osobliwy poszum, na podobieństwo trzepotu skrzydeł olbrzymiego ptaka. Gorący podmuch z góry przyniósł mdlący swąd. Wyjrzawszy ostrożnie z kryjówek, zdrętwieliśmy: Siennica się paliła. Z okien mieszkań nauczycielskich położonych na pierwszym piętrze można było zobaczyć prawdziwe jezioro płomieni, żar bił od ognia, choć źródło jego oddzielała od budynku klasztornego spora kępa drzew ogrodowych. Złowieszczy szelest pożaru stłumił westchnienia, szlochy i jęki. Zagłada rodzimej mieściny dokonywała się na naszych oczach. Wiatr zrywał kłaki ogniste i ciskał w niebo całe snopy iskier; płomień to zwijał się ślimakowato, to buchał wzwyż, ponad najwyższe szczyty wież kościelnych. Widok był straszny, przerażający, a przecież nie można było oczu oderwać.
 
W jakiejś chwili usłyszeliśmy pierwszy raz gniewne szczęknięcie żołnierza niemieckiego: „Heraus!” Zmartwieliśmy, zimny dreszcz przeleciał po krzyżach, dziewczęta zadygotały. „Heraus!!!” zaryczało pod oknem tak potężnie, jakby sam archanioł piekielny zwoływał na sąd ostateczny.
 
Wolno zeszliśmy z piętra. Żołnierz niemiecki w zgniłozielonym mundurze i szerokim hełmie ze znakiem trupiej głowy stal z bronią gotową do strzału. „Loos, loos” - darł się wściekle. Kilku jego kamratów wypędzało uciekinierów, kryjących się jeszcze w piwnicach. Wszystkich pognano w kierunku kościoła poklasztornego.
 
Pod okiem rozjuszonych Niemców płynęła do kościoła ogromna fala ludzka. Dobrze pamiętam swoje zaskoczenie, bo nie spodziewałem się nigdy, że Siennica jest aż tak gęsto zamieszkana. „Gdzie się to pomieści? - przemknęło mi po głowie. Lecz Niemcy nie martwili się o to. Nie dbali też o szlochanie kobiet, pisk dzieci i jęki tłumu wepchniętego do kościoła. Na ich rozkaz z przeraźliwym zgrzytem zamknięto wierzeje. Olbrzymi esesman, w hełmie, górujący nad ciżbą, rozepchnąl brutalnie zgromadzonych, oddzielając chrześcijan od Żydów: ci na lewo, ci na prawo. Pośrodku utworzyła się ścieżka biegnąca od drzwi frontowych do wielkiego ołtarza. Tym przejściem przechadzali się Niemcy.
 
Władający niezłą polszczyzną esesman stwierdził, że osada została spalona, ponieważ jakiś osobnik po cywilnemu, nieżolnierz, strzelał do żołnierzy niemieckich. Jeśli do wieczora strzały się powtórzą, wzięci jako zakładnicy proboszcz miejscowej parafii oraz dyrektor szkoły zostaną rozstrzelani. W wypadku jakiegokolwiek oporu, co trzeci mężczyzna pójdzie pod mur. Gdyby zaniosło się na większy rozruch - kościół wyleci w powietrze.
 
Wysłuchaliśmy tych gróźb w bezsilnej trwodze i rozpaczy. Poszukałem oczami matki, która skinęła mi głową z daleka, jakby chciała przekazać najsłodszy uścisk i gorące słowa otuchy. Wznoszono modły do Boga i świętych pańskich. Gipsowe aniołki przyglądały się temu jakby ze zdziwieniem.
 
Mały oddzialek straży tylnej, uzbrojony tylko w broń ręczną, nie mógł nawet myśleć o przeciwstawieniu się czołgom niemieckim i artylerii. Zresztą przemarsz tej ariergardy nastąpił o zmierzchu 12 września, a Niemcy pojawili się w Siennicy dopiero około szóstej rano dnia następnego...

Wspomnienia przekazał syn - Tadeusz Gnoiński, kustosz muzeum Siennicy, fot. z archiwum rodzinnego