Pożoga - wspomnień cz. 2

Przed tygodniem zamieściliśmy w Lokalnej pierwszą część wspomnień z września 1939 roku. Jest to historia spalenia Siennicy widziana oczami 16-letniego wówczas Stanisława Gnoińskiego, późniejszego uczestnika akcji „Burza” aresztowanego w sierpniu 1944 r. i zesłanego do łagrów.

Niemieckie oddziały szturmowe należały do wschodniopruskiej dywizji SS z trupimi głowami na kołnierzach. Dywizja ta wchodziła w skład armii Prus Wschodnich, która miała za zadanie przełamanie polskiego oporu na Narwi i okrążenia Warszawy od wschodu i południa. W zasadzie manewr oskrzydlania powiódł się Niemcom.
 
Szczególnie napsuła im krwi potyczka pod Kałuszynem, która choć zakończona klęską polskiego kontrataku i spaleniem miasteczka, dowiodła napastnikom, że Polacy nie zrezygnowali z obrony Ojczyzny - a bić się umieją.
 
Ta sama pancerna jednostka, która hulała w Siennicy, wsławiła się bestialskim mordem w Łękawicy, o 3 km od nas. Wypadki toczyły się tam zupełnie podobnie: Niemcy posądzili cywilów o strzelanie do nadjeżdżających żołnierzy, pół wsi puścili z dymem, dwie osoby rozstrzelali bez sądu. Istnieje wersja (niesprawdzona), jakoby w Łękawicy zawieruszył się istotnie jakiś polski żołnierz-maruder, który wystrzelił z karabinu do zbliżającego się wroga.
 
Ale w Siennicy nie padły żadne strzały. Zachowanie się Niemców miało charakter wyraźnie prowokacyjny, a celem ich było przestraszenie i sterroryzowanie mieszkańców osady. Zabito, owszem, kilku ludzi, ale nie w mundurach. Mundury nosili ich zabójcy! Zginęli zwłaszcza wszyscy ci, którzy biegli do ognia, wznieconego przez Niemców, by ratować płonącą osadę. Najeźdźcy uznali, że ratownicy ci przekroczyli wyraźny rozkaz niemiecki - i potraktowano ich jak przestępców. Ojca mego i proboszcza Gajewskiego prowadzono już niewątpliwie na śmierć. Czy wstrzymanie wykonania wyroku w ostatniej chwili należy przypisać zbiegowi okoliczności, czy należało to do sadystycznej inscenizacji z góry ukartowanej - nie wiadomo.
 
Powoli mijał czas. Wlokły się godziny. Wciąż trwał feralny dla Siennicy dzień 13 września. Zamknięci w kościele ludzie omdlewali z głodu, a zwłaszcza z pragnienia. Dzieci nie wytrzymywały, załatwiały na podłodze swe naturalne potrzeby. Ale wreszcie zaczęło mijać pierwsze oszołomienie i ocknęliśmy się ze stanu potwornej drętwoty. Więźniowie jęli szukać wyjścia, a przynajmniej załagodzenia okropnej sytuacji. Przodowały matki, zatroskane o życie i zdrowie swoich pociech. Przypomniano sobie, że tak stara budowla, jak kościół poklasztorny, pełna jest zakamarków i kryjówek.
 
Nie udało się wymknąć nikomu - esesmani byli czujni, a przy byle jakim głośniejszym szeleście odzywały się ich chrapliwe wrzaski. Nie żałowali też kul i prochu: strzelali na postrach, w górę i w dół. Jednakże matki nasze dopięły swego o tyle, iż dotarty do wody.
 
Gmach klasztorny był już skanalizowany, na piętrze mieściła się ubikacja i kran z czystą wodą studzienną, połączony ze szkolnym wodociągiem. Woda ciekła bardzo wąskim strumieniem. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie wszyscy mogą napić się do woli. Ruch w kierunku klozetu mógł wydać się Niemcom podejrzany. Tylko kobiety, stąpając jak najciszej i najbliżej, wykradały się na pięterko i przynosiły wodę w termosach, w butelkach.
 
O zmroku do kościoła wpadli żołnierze niemieccy. „Siedzicie!” - wrzasnęli. Jakoś nie od razu pojęliśmy, co ma oznaczać ten chrapliwy nakaz. Wtenczas jeden z żołnierzy bez namysłu wygarnął serię kul w drzwi kościelne, aż drzazgi poleciały. Powstał przeraźliwy krzyk, jęki i wycie na trwogę: „Wysadzają! Wysadzają!”. Szczęściem wkrótce wyszło na jaw, że Niemcy po swojemu polecili tylko nam kłaść się do snu i ogłaszali ciszę nocną.
 
Zapadła niesamowita noc. Po kościele krążyli Niemcy, z upodobaniem dręcząc drzemiących więźniów. Pędzali tych, co ułożyli się do snu w zakrystii i blisko wielkiego ołtarza. Żydów szturchali kolbami albo deptali ich po twarzach i rękach. Latarkami macali leżące ciała i ciężkimi butami kopali boleśnie, gdzie popadło. Nie umieliśmy również opędzić się od okrutnych, rozpowszechniających się wśród zniewolonych plotek.
 
Rano Niemcy zgodzili się zwolnić kobiety i dzieci. Otwarto drzwi. Cudowna, zloto-błękitna pogoda poraziła oczy popuchłe od niewyspania. Nasze matki i siostry zwijały się jak w ukropie, wybiegały, wracały. Siennica była bowiem spalona w osiemdziesięciu procentach. Gdzieniegdzie sterczały tylko niedopalone ściany, ruiny kominów i fundamentów. Starodawny kościół farny na pagórku został przez pożar strawiony ze szczętem. Tak samo jak nowo postawiony budynek urzędu gminnego, jak prześliczny dworek Rembielińskich, stylowa karczma Łobodowskich, największa w Siennicy kamienica Bursztyna, w której rezydował posterunek policji. Poszły z dymem budynki mieszkalne, szkolne i internackie, murowane i drewniane, stare i nowe.
 
Gorączkowej działalności kobiet położyli kres Niemcy. „Heraus! Lo- os!!” - wyganiali z kościoła, nie szczędząc razów i kopniaków. Bezwładna gromada mężczyzn skupiła się na cmentarzyku kościelnym. Żołnierze uformowali z niej jaki taki szereg. Nasze nieprzytomne oczy latały od ich zgniłych mundurów do sczerniałych pni kasztanowców i jesionów i zawisały nieruchomo na kominie internackim, wystającym nad zgliszczami.
 
Wtenczas wystąpił jakiś leutnant o wściekłym spojrzeniu, kanciasty w słowie i czynie, i jął taksować zdobycz. Odsuwał na bok zbyt młodych i zbyt starych. Zobaczyłem kolegę ze szkoły, rówieśnika, który odepchnięty został przez Niemca jako niedorosły. „Może i ja?...” - zabiło serce. Ale mój rówieśnik nie wyglądał na swoje lata, a ja byłem mocny w sobie i rozrośnięty. Toteż znalazłem się w kolumnie, popędzanej przez Niemców do marszu.
 
Nie było czasu na pożegnania. Niemcy odpędzili kolbami kobiety i powiedli nas na szosę w kierunku Mińska.
 
Wspomnienia przekazał syn - Tadeusz Gnoiński, kustosz muzeum Siennicy, fot. z archiwum rodzinnego